Bartłomiej Misiniec - strona autorska

A+ R A-

Gladiatorzy i Piraci fragment

Email Drukuj PDF



Venatores zostali wreszcie wywiezieni na poziom areny, podno?nik zatrzyma? si? i w miejscu kamiennej ?ciany ukaza?a si? pot??na brama. Przez znajduj?ce si? w niej szpary prze?witywa?y s?oneczne promienie.

Nagle wiwaty i oklaski ucich?y, a dono?ny g?os zapowiedzia? kolejn? cz??? widowisk. Tr?by zagra?y ponownie, za? venatores zako?czyli modlitw?. Leniwie otwieraj?ca si? na dwie strony brama stopniowo ukazywa?a im przeciwleg?? cz??? trybun i coraz szersz? p?aszczyzn? ??tego piasku. Kiedy wrota otwarto na o?cie?, doctor da? has?o i wybieg? pierwszy, a za nim pozostali.

Wkrtce ostatni z gladiatorw znalaz? si? na arenie i dwch stra?nikw, ktrzy otworzyli z zewn?trz bram?, zamkn??o j? pospiesznie, by schroni? si? do klatki, spuszczonej z powrotem do podziemi. Venatores zostali sami.

Textus, o?lepiony blaskiem s?o?ca, mru?y? oczy i rozgl?da? si? doko?a. Widzia? szar? mas?, w?rd ktrej wyr?nia?y si? ?nie?nobia?e p?aszcze i welony kap?anek Westy. Zwykle oprcz westalek na widowni odznacza?y si? tak?e pierwsze rz?dy senatorw strojnych w bia?e togi bramowane purpur?. Jednak?e dostojni m??owie zaczynali si? schodzi? dopiero na popo?udniowe walki ludzi.

Nieprzebrane t?umy na trybunach, wielko?? areny, na ktrej cz?owiek wydawa? si? jak?e ma?y i nic nie znacz?cy, wreszcie ?wiadomo?? zbli?aj?cej si? walki na ?mier? i ?ycie poch?on??y ch?opca do tego stopnia, ?e potkn?? si? niezdarnie i gdyby biegn?cy obok towarzysz nie podtrzyma? go, niechybnie zary?by he?mem w piasku.

To szcz??liwe unikni?cie o?mieszenia na pocz?tku widowiska wstrz?sn??o nim do g??bi. Zwyk?y strach i niepewno?? przyg?uszy?o inne uczucie obawa przed przyniesieniem wszystkim wstydu.

Tymczasem ca?a grupa podbieg?a przed lo?? cesarsk?, by wypowiedzie? obowi?zkow? formu??.


*


Widz?c t? nieporadno??, medyk zarechota? na g?os. Siedzia? w lo?y obok obydwu konsulw, pe?ni?cych tego dnia rol? przedstawicieli cezara. Przed chwil? wrci? z pobie?nych ogl?dzin, jakie ka?dorazowo dokonywa? po walce. I tym razem stwierdziwszy, ?e ?adne z dogorywaj?cych zwierz?t nie spe?ni wymaga? areny, nakaza? je dobi?, a zw?oki odstawi? do spoliarium.

Racz?c si? sch?odzonym winem, siedzia? na wygodnym fotelu pod baldachimem os?aniaj?cym cesarskie podium. Czu? si? wy?mienicie. Wprost nie mg? si? doczeka? widoku tygrysich szcz?k na czarnym czerepie m?odego Murzyna.


*


Ave caesar! Morituri te salutant!

Jeden z konsulw ?ykn?? wina i niedbale pomacha? r?k? na wykrzyczane pozdrowienie gladiatorw, ktrzy dalej stali na baczno?? przed lo?? cesarsk?. Textus mia? czas dok?adniej przyjrze? si? uzbrojeniu towarzyszy. Stoj?cy przed szeregiem doctor, podobnie jak Krzywonosy, dzier?y? olbrzymi?, prostok?tn? tarcz? w jednej, a d?ug? dzid? w drugiej r?ce.

Obaj mieli jeszcze u pasa miecz. Na ich he?mach znajdowa? si? cienki, ale wysoki, sto?kowaty kolec, dzi?ki czemu mogli si? z dala rozpozna? w zam?cie walki. Cia?a ?ucznikw opina?y czarne, idealnie dopasowane zbroje, cienkie, ale bardzo wytrzyma?e. Do obrony venatores u?ywali tarcz. Sam Textus jako jedyny z ca?ej grupy mia? na he?mie metalowy grzebie?. Ch?opak zbroj? odr?nia? si? nieco od pozosta?ych, tak aby wszyscy mogli dawa? na niego lepsze baczenie. Mimo to czu? si? wreszcie jednym z nich. By? gladiatorem!

Wystrj areny zdecydowanie r?ni? si? od tego, w jakim odbywa?y si? popo?udniowe walki. Wysypany piaskiem plac urozmaica?y g?azy oraz sztucznie urz?dzone sadzawki, otoczone przez krzewy i drzewa, ktre mia?y przypomina? d?ungl?. Ch?opak zwrci? jeszcze uwag? na le??ce w niedalekiej odleg?o?ci od trybun wysokie, drewniane urz?dzenie do p?oszenia kotw, ktrego ramiona po rozruszaniu obraca?y si? wok? osi pionowej.

Tr?bacze zagrali dono?nie i zanim bramy i klatki pootwierano na dobre, venatores rozbiegli si? po arenie. Doctor krzykn?? na Textusa i podbieg? razem z nim ku cochlei, gdzie nakaza? mu, by bez przerwy kr?ci? korb?. Krzywonosy tymczasem zd??y? ju? ustawi? si? niedaleko i przyj?? pozycj? bojow?. Po chwili doctor przywar? do niego plecami i wypatrywa? niebezpiecze?stwa z przeciwnej strony.

To wkrtce nadesz?o: dwa olbrzymie tygrysy wyp?dzone zosta?y z klatki. Matka i syn, obydwa wyg?odnia?e, rwnie agresywne. Na widok wprawionej w ruch maszynerii zwierz?ta uskoczy?y w bok, ale tylko na moment. Bowiem gdy ujrza?y, ?e na d?u?sz? odleg?o?? nie mo?e uczyni? im krzywdy, ruszy?y na znajduj?cych si? najbli?ej ludzi.

W tym czasie ?ucznicy znale?li dobry punkt na otoczonym przez drzewa g?azie, pod ktrym stan?li na warcie ich stra?nicy z obna?onymi mieczami. Oprcz tygrysw na aren? wypuszczono ca?e stado pum i dwa byki. G?odne pumy od razu napad?y watah? na jednego byka, do czego podjudzili je dwaj gladiatorzy. Podczas kiedy atakowa?y olbrzyma, ?ucznicy celnymi strza?ami u?miercali je, jedn? po drugiej.

Kilka kotw walczy?o z pozosta?ymi venatores, ktrzy os?aniali si? tarczami, staraj?c si? zadawa? wyg?odnia?ym, a przez to jeszcze bardziej rozjuszonym zwierz?tom celne ciosy.

Przy cochlei m?odszy i pewny siebie tygrys zaatakowa? doctora. Krzywonosy wpatrywa? si? w bardziej do?wiadczon? matk?. Tygrysica, pomrukuj?c gniewnie, przechadza?a si? przed nim dumnym krokiem, demonstruj?c sw? pot?g?. Za plecami s?ysza? odg?osy pazurw pr??nego kota uderzaj?cych o tarcz? i prychni?cia, ktre wydawa? za ka?dym razem, gdy zdo?a? uciec przed ciosem doctora.

Matka po chwili unios?a ?eb do gry i wyda?a z siebie przera?liwy ryk, po czym z niesamowit? gibko?ci? znalaz?a si? nad gladiatorem. Krzywonosy nie zdo?a? powstrzyma? impetu i przewrci? si? na plecy, ci?gle jednak trzyma? mocno tarcz?, dlatego tygrysica zdo?a?a jedynie podrapa? go ostrymi pazurami.

Po drugiej stronie doctor zrani? kota w ?ap?, przez co ten z w?ciek?ym pomrukiem odskoczy? na dalsz? odleg?o??. Doctor wykorzysta? to, by odwrci? si? na moment, i ujrza? upadaj?cego towarzysza. Nie namy?laj?c si? d?ugo, cisn?? w?czni? w przygniataj?c? Krzywonosego tygrysic?. Nie czeka?, by zobaczy?, czy trafi? do celu, gdy? mia? do czynienia z rwnie gro?nym przeciwnikiem. Tygrys mimo blu nie da? za wygran?. Jego kolejne ataki by?y ju? jednak mniej dok?adne, gdy? kula? z powodu krwawi?cej ?apy. Doctor wyci?gn?? miecz i ruszy? do walki. Kiedy tygrys napiera?, gladiator broni? si? tarcz? i od razu wyprowadza? ci?cie, ktre wci?? przecina?o tylko powietrze. W chwil? p?niej zza jego plecw dzida, przelatuj?c tak blisko szyi, ?e a? poczu? p?d powietrza, trafi?a prosto w otwart? paszcz? zwierz?cia, ktre zako?czy?o ?ywot, dobite jeszcze przez doctora. Nie musia? si? on nawet odwraca?, by wiedzie?, i? towarzysz odwdzi?czy? mu si? podobn? przys?ug?.

Textus patrzy? oczarowany. A? podskoczy? z rado?ci na widok niecodziennego przedstawienia, jakie zafundowali widzom jego dwaj przyjaciele. Z trybun rozleg?y si? wiwaty i oklaski dla solidarnych venatores. Wkrtce jednak mia?o si? okaza?, ?e najgorsze

dopiero przed nimi...

Tymczasem gladiatorzy sprawnie rozprawili si? z pozosta?ymi bestiami. Jeden z bykw zosta? zagryziony przez pumy, ktre z kolei u?miercili ?ucznicy, a z drugim poradzili sobie trzej dzia?aj?cy jednocze?nie gladiatorzy. Kiedy zwierz?ta le?a?y zbroczone krwi?, a widzowie oklaskiwali wojownikw, ci ocierali pot z czo?a, nie os?ania?o ich bowiem specjalne zadaszenie, chroni?ce przed s?o?cem ca?? publik?.

To, z czym przysz?o im si? zmierzy? do tej pory, mia?o si? jednak okaza? zaledwie rozgrzewk?. Na aren? wbiegli ju? niewolnicy w?rd ktrych Textus dostrzeg? wielu swoich znajomych by uprz?tn?? zw?oki. M?odzi ch?opcy, ktrzy znali Murzyna od lat, nie patrzyli na? z podziwem, czego si? spodziewa?, lecz pod?miewali si? ukradkiem podczas pracy. Textus nie rozumia?, o co im mo?e chodzi?, lecz wkrtce si? domy?li?.

Siedz?c bowiem w cochlei, wzbudzi? sw? postaw? niech?? w?rd publiczno?ci, ktra z pocz?tku to jego dziwne zachowanie wzi??a za jak?? niezrozumia?? taktyk?, a po pewnym czasie uzna?a go za pospolitego tchrza i zacz??a wygwizdywa?. Owych gwizdw podekscytowany ch?opak z pocz?tku nie s?ysza?, lecz kiedy nieco och?on?? i zerkn?? na najbli?sz? cz??? trybun, poj?? wszystko. Wrogie gesty, jakimi wygra?ano mu z widowni, mwi?y same za siebie.

Poczu? si? niepotrzebny i upokorzony. Ta presja, wywierana na? przez wszystkich, sta?a si? przyczyn? jego rozpaczliwej prby dowiedzenia w?asnej warto?ci...

Tymczasem s?u?ba za pomoc? koni ?ci?gn??a cielska bykw i kotw, a ka?u?e krwi zasypano ?wie?ym piaskiem. Niewolnicy szybko umkn?li z areny i tr?bacze zatr?bili po raz kolejny.

Przez d?u?sz? chwil? za kratami amfiteatru nic si? nie dzia?o. Trybuny ucich?y w oczekiwaniu. Venatores czekali tak?e. Trwa?o to dosy? d?ugo, wzmagaj?c napi?cie u gladiatorw i widzw.

To, co sta?o si? p?niej, zapar?o m?odemu Murzynowi dech w piersiach. Wszystkie znajduj?ce si? naoko?o areny kraty pootwierano i wybieg?y z nich lwice. Textus nie mg? ich zliczy?, tak szybko si? przemieszcza?y.

Wkrtce z klatek zacz?? unosi? si? dym. To s?u?ba amfiteatru ogniem wygania?a oporne samce, ktre nie chcia?y wyj?? na aren?, czy to z lenistwa, czy przez przeczucie zbli?aj?cej si? ?mierci. Jednak zwyci??y? g?d: lwy nie jad?y ju? od d?ugiego czasu, dr?czone

przy tym przez dwuno?ne stworzenia, ktrych sporo znajdowa?o si? teraz na arenie. Nozdrza ich dra?ni? s?odkawy zapach krwi, unosz?cy si? z powierzchownych ran, jakie venatores odnie?li na pocz?tku wyst?pu.

Bestie wkrtce zacz??y napiera?, a tu jeszcze otwarto najwi?ksze wrota i wjecha? kryty wz, zaprz??ony w dwa konie, ktre nijak nie chcia?y s?ucha? wo?nicw i ledwie biczami uda?o si? je zmusi?, by dotar?y na ?rodek. Widzowie byli przekonani, ?e niepokj rumakw wywo?any jest przez obecno?? lww... Tymczasem bram? zamkni?to na powrt, aby ?aden kot si? nie wydosta?.

Jeden z wo?nicw rych?o zsiad? i odbi? blokuj?ce kliny z jednej, a potem z drugiej strony, a? jedna ?ciana wozu opad?a i na aren? wysypa?o si? mnstwo kolorowych, r?nych rozmiarw w??y. Czego? takiego dawno nie ogl?dano. Ca?e to plugastwo rozpe?z?o si? dooko?a, utrudniaj?c skupienie gladiatorom, ktrzy musieli stawia? czo?a lwim paszczom i nieustannie patrze? pod nogi.

Wo?nica nie zd??y? wsi??? z powrotem. Konie ju? dotychczas ?miertelnie przera?one pogna?y na o?lep, byle najdalej od k??bowiska gadw, lecz wpad?y wprost pod pazury wyg?odnia?ych lww, ktre zostawi?y stawiaj?cych opr ludzi. Nie min??o wiele czasu, a oba ?nie?nobia?e rumaki le?a?y odarte ze skry. Rozpaczliwy kwik obdzieranych ?ywcem zwierz?t wywo?a? na widowni wielkie poruszenie.

Drugi z wo?nicw zdo?a? wcze?niej zeskoczy? z rozp?dzonego wozu i wykorzystuj?c to, ?e lwy zaj?te by?y nape?nianiem pustych ?o??dkw, ruszy? w stron? zamkni?tej bramy, przy ktrej czeka? ju? jego towarzysz, wal?cy w ni? z ca?ej si?y. Kiedy dobieg?, w mig zrozumia? pu?apk?, w jak? obydwaj zostali wci?gni?ci. Mieli bowiem sta? si? dodatkow?, niezapowiedzian? atrakcj? widowiska. Przez szpar? pod bram? s?u?ba wypchn??a im dwa miecze. Ze strony publiczno?ci odezwa?y si? gromkie brawa i szyderczy ?miech.

Wo?nice spojrzeli na siebie, a widz?c podchodz?ce ku nim wolnym krokiem lwy i dobrze pami?taj?c sceny, ktre nieraz musieli tu ogl?da?, obj?li si? serdecznie, po czym podnie?li miecze i przebili si? nawzajem. Publika zawy?a z dezaprobat?....