Bartłomiej Misiniec - strona autorska

A+ R A-

Pretorianin fragment

Email Drukuj PDF

 

„...Tymczasem oddział był już pod wzgórzem. Najstarsze więzienie Rzymu ukazało się im przy jasnym świetle księżyca w całej swej upiornej krasie. Stanowiło twierdzę nie do zdobycia. W samym mieście tylko pałac cesarski miał większe możliwości obrony. Obwarowanie świadczyło dobitnie o obawie, jaką żywili cezarowie na przestrzeni dziejów. Niejeden z uwięzionych mógłby bowiem wyjawić kompromitujące treści dotyczące bogatych patrycjuszy, senatorów, kto wie czy nie konsulów, a nawet panującego... Być może któryś mógłby udowodnić, że cierpi tylko za poglądy, sprzeczne z racjami samego cezara. Nie wiadomo, ile zagadek kryło się za grubymi murami. Wiadome natomiast było jedno – zostały podjęte najskuteczniejsze kroki, aby tajemnice ponurego gmachu nigdy nie ujrzały światła dziennego.

Proximus zastanawiał się, dlaczego w takim razie pozwalano jeszcze żyć tak niewygodnym i niebezpiecznym skazańcom? Przecież zwykle przeciwników uśmiercano. Po chwili odpowiedział sobie sam – pewnie czasem okazywali się potrzebni, tak jak potrzebny musiał być więzień, po którego przybyli.

Pod bramą oczekiwała już piątka pretorianów. Wóz zatrzymał się i z kozła zeskoczył Agatopiusz, który zastukał donośnie trzy razy. Po jakimś czasie wziernik we wrotach otworzył się i wyjrzała para oczu.

-          Czego?! – warknął strażnik, zły, iż ktoś hałasuje w nocy.

Agatopiusz nawet nie odezwał się, tylko rozwinął zwój, który przystawił przed otwór. Strażnik zerknął na pismo i okienko zatrzasnęło się z hukiem... Potężne podwoje zaczęły skrzypieć. Po otwarciu, podniesiono kratę, a później drugie, wewnętrzne wrota.

Do więzienia mamertyńskiego można było wejść – zakładając, że nie w charakterze więźnia – tylko za zgodą samego cezara. Pozwolenie to otrzymywali zazwyczaj wojskowi i zaufani dworu. Na piśmie zaś, które przedstawił Agatopiusz, widniał podpis – „Agrippina Augusta”. Dlatego też strażnik skwapliwie i bez pytań, z pomocą czterech ludzi otwarł bramę.

W końcu pięciu pretorianów, a za nimi powóz i kolejna piątka jeźdźców wjechali na środek wybrukowanego dziedzińca. Dookoła wznosiły się potężne mury, po których spacerowali ospali i rzucający koszmarne cienie strażnicy. Ściana przed nimi posiadała mnóstwo okien, a w niej znajdowała się kolejna, choć znacznie mniejsza brama prowadząca do właściwej części więzienia. Dziedziniec, na którym znajdowali się pretorianie, stanowił tylko „gościnny przedpokój”.

Za ścianą rozpościerał się kolejny, szerszy plac, wokół którego stały więzienne cele. Najwięksi jednak przestępcy umieszczeni byli pod ziemią. Misternie wydrążony system korytarzy i lochów sprawiał, iż łatwo było się w nim pogubić. Im kto był bardziej niebezpieczny, tym niżej się znajdował. Zatem długi czas oczekiwania na więźnia oznaczać mógł tylko jedno – wyprowadzany był z samego dołu, z miejsca znanego jako Tullianum, gdzie cele posiadały tylko jeden otwór w pułapie, a więc, iż należał on do najniebezpieczniejszej kategorii skazańców.

Tymczasem Agatopiusz zamienił kilka słów ze strażnikiem i ten załomotał w kolejne wrota, prowadzące na ów obszerniejszy dziedziniec. Po chwili bramę otwarto i wkroczył przez nią niewysoki, chudy i łysy mężczyzna, ubrany w szarą, dziurawą szatę sięgającą trochę poniżej kolan. Spod niej wystawały bose i kościste nogi z pozostałościami po sandałach. W ręku trzymał kaganek, którym oświetlał drogę. Nerwowy tik powodował ciągły skurcz policzka.

Strażnik podniósł kaganek na wysokość twarzy, by lepiej przyjrzeć się pismu i chłopcy zobaczyli wstrętne, owrzodzone i pomarszczone oblicze. Wyłupiaste oczy i krótki, gruby nos oraz owalna, łysa głowa dopełniały reszty. Chuderlak podniósł wzrok na szkoleniowca, po czym – widocznie go poznając – odsłonił w uśmiechu szereg popsutych, czarnych zębów.

-          He, he, he – zaskrzeczał z radości – przyjechaliście po naszą księżniczkę, co?

-          Skończ tę czczą gadaninę i przyprowadź ją! – odwarknął Agatopiusz.

-          Tylko nie podnoś głosu!

-          Lepiej uważaj, nędzniku, bym kiedyś nie musiał przyjechać po ciebie!

Strażnik zasyczał ze złości i odwróciwszy się, odszedł po więźnia. Chłopcy stali pełni zdumienia, bo ujrzeli swego szkoleniowca w zupełnie innej roli. Dotychczas sprawiał wrażenie raczej przyjaznego, choć czasem wybuchowego – o czym mogli się wczoraj przekonać – starszego żołnierza. Tu natomiast zobaczyli pewnego siebie i srogiego dowódcę. Arkadiusz wykrztusił:

-          Księżniczka???

Pretorianie na koniach roześmiali się.

-          Oj, ujrzycie księżniczkę, ujrzycie. Jeszcze się wam odechce! – rechotali zgodnie.

Ich śmiech nie wróżył nic dobrego. I rzeczywiście – po jakimś czasie usłyszeli wściekłe ujadanie. Agatopiusz odwrócił się i rzekł do rekrutów:

-          Prowadzą już lokustę! Zabieramy ją stąd do pałacu! Gdy skończy swoje, odwozimy z powrotem. W czasie jazdy jędza nie może się wydzierać – zrozumiano? W razie potrzeby możecie użyć siły, jednak trzymajcie się z daleka, jeśli wam życie miłe. Zwiążemy ją, ale to siła obcych bogów, więc nie wiadomo co mogłaby wymyślić.

-          A... a kim jest ta lokusta? – zapytał Proximus.

-          Co ty, z byka spadłeś? – prychnął Arkadiusz. – Lokusta to największa trucicielka w całym imperium. Potrafi przyrządzać mikstury, które uśmiercają w kilka chwil. Z jej usług korzysta każdy z wielkich, gdy chce wysłać kogoś w lepszy świat. Skoro więc jedziemy z nią do pałacu, to zapewne na dworze coś knują.

Hałas wzmagał się – jakieś potężne psy szczekały zajadle, a kaganki zbliżały się powoli. Przejęty Arkadiusz mówił dalej cicho, by nie usłyszał go szkoleniowiec:

-          Jeżeli ktoś znaczny zejdzie nagłą śmiercią, to wyjaśni nam się, po co ją zabieraliśmy.

-          Więc ona robi trucizny?

-          I to jakie! Mogę się założyć, że gdy zostawimy ją w pałacu, rozkażą jej zrobić jedną na zamówienie. Tylko dzięki temu, że pomaga zabijać, utrzymuje się ją wciąż przy życiu. Słyszałem o niej, lecz nigdy jeszcze nie widziałem. Już nie mogę się doczekać.

Nagle zobaczyli osobliwy orszak – oto po zewnętrznych stronach kroczyli strażnicy niosący kaganki. Obok nich szli kolejni w towarzystwie wściekle szarpiących się psów. Zwierzęta z obydwu stron obszczekiwały idącą wolno staruszkę ze skutymi nogami. Z tyłu zaś dreptał łysy strażnik, prowadząc kolejnego masywnego zbója. Konwojenci mocowali się ze zwierzętami, które – celowo głodzone – rzucały się zawzięcie w stronę kobiety w łachmanach. Siwe, długie włosy opadały tłustymi strąkami na pokrytą zmarszczkami twarz.

Agatopiusz rzucił do swoich:

-          Dajcie no łańcuchy. Musimy wsadzić ją jakoś do wozu i przymocować, by nie zrobiła nikomu krzywdy. Pamiętajcie, że ona może zabić bezkarnie, bo oddaje nieocenione usługi. A wysyłanie do Hadesu to jej jedyna rozrywka…! Patrzcie – strażnicy boją się jej nawet dotknąć i dlatego wiodą z pomocą tych wyjców.

Proximus przyjrzał się dokładniej owym wyjcom... [...]


*


Wiedźma wcale nie próżnowała. Jeszcze w celi włożyła do ust swego rodzaju miniaturową dmuchawkę, wykonaną z łodyżki trzciny. Wewnątrz umieściła kolec kaktusa, na którego końcu znajdowała się śmiertelna dawka. Ledwie usadowiono ją w wozie, natychmiast opuściła głowę na piersi, aby długie włosy tym bardziej zasłoniły twarz. Nikt nie mógł zatem dojrzeć jej oblicza.

Uśmiechnęła się w duchu na samą myśl o tym, jak łatwo będzie podejść tych dwóch młodych głupców. O, jakże chciała dopisać kolejny karb na ścianie swej celi… Może dziś jeden z nich zechce jej pomóc?

Zaczęła więc udawać, że się krztusi i kaszle, aby przyciągnąć czyjąś uwagę. Charczała coraz głośniej i coraz mocniej, jakby się czymś dławiła. Po chwili owo charczenie przemieniło się w odruch wymiotny.

Tymczasem woźnica, który to dosłyszał, odwrócił się i ujrzał przez wziernik, że Proximus przesuwa się na ławeczce w jej kierunku.

-          Ani kroku! – wrzasnął.

-          Ale ona się udusi! – odkrzyknął młodzieniec.

-          Słyszysz! Natychmiast! – rozkazał twardym głosem.

Proximus posłusznie cofnął się na swoje miejsce, w sam czas, by umknąć niechybnej śmierci...

Stara bowiem, widząc że nie ma czasu do stracenia, gwałtownie uniosła głowę, odrzucając włosy do tyłu i z całej siły dmuchnęła w łodyżkę. Igła wyfrunęła w stronę młodego pretorianina, ten jednak w ostatniej chwili odskoczył, przewracając się przy tym i uderzając o podłogę, zaś kolec zaczepił się w drewnie ściany.

Lokusta patrząc na przerażone twarze, wypluła zbędną łodyżkę i wybuchła strasznym, krzykliwym śmiechem, który rozniósł się szeroko w nocnej ciszy.

Tak Arkadiusz, jak i leżący Proximus, oraz odwrócony do nich z kozła woźnica, wpatrywali się bez słowa w zwisający kolec – wszyscy zdali sobie sprawę z tego, że chłopak o mały włos nie postradał życia. Wtem we wzierniku ukazało się surowe oblicze Agatopiusza, który krzyknął:

-          Uciszcie tę sukę, bo pobudzi wszystkich!

Proximus podniósł się i chciał jej zakryć usta, lecz w ostatniej chwili cofnął się. Gdy zachodził w głowę, jak uciszyć staruchę, która wciąż wstrętnie rechotała, szkoleniowiec rzucił wściekły:

-          No, uciszcie ją!!!

Wówczas Arkadiusz powstał, odsunął go na bok i z półobrotu strzelił pokrakę z całej siły w twarz. Kopniak ten momentalnie uciął wrzaskliwy śmiech, a lokusta zasyczała jak wąż, zwijający się po przecięciu. Z nosa zaczęła jej płynąć strużka krwi. Rozjątrzonym wzrokiem wpatrywała się w młodego rekruta, który powiedział groźnie:

-          Zacharcz jeszcze raz, stara wiedźmo, a poprawię twą szpetną gębę na jeden skrzep!

-          Dobrze! – pochwalił ze swego miejsca zadowolony szkoleniowiec.

Po chwili woźnica dorzucił beznamiętnie:

-          A mówiłem, żeby uważać…?”.